Nie oglądałem "dzieł" typu "Kac Wawa" czy "Ciacho", ale przejrzałem obsady tych filmów i tam przynajmniej mamy aktorów, warsztatowo lepszych lub gorszych, ale aktorów. W filmie Krauzego mamy panią Beatę Fido, prywatnie znajomą pana Jana Marii Tomaszewskiego (kuzyna Jarosława Kaczyńskiego) i jak możemy przeczytać w najnowszym "Newsweeku", współpracownicę europosła PiS Karola Karskiego. Jak wspomniałem, nie jestem żadnym krytykiem, ale gra pani Fido woła o pomstę do nieba. Nie można przez cały film udawać aktora. Po prostu nie można i tyle, dwie ograne miny, to zbyt mało.
Pani Fido gra dziennikarkę Ninę, która pracuje w telewizji TVM - SAT (brawo scenarzyści!!!) i otrzymuje zadanie zrobienie materiału o katastrofie w Smoleńsku. Początkowo bohaterka jest sceptycznie nastawiona do pojawiających się teorii spiskowych, ale w pewnym momencie nawet ona zaczyna wierzyć i przechodzi na stronę "wierzących w zamach". W skrócie tak wygląda fabuła tego filmu i wszystko byłoby ok, ale wykonanie jest na dramatycznie niskim poziomie, bo scenarzyści stworzyli zlepek scen, które nic nie wnoszą i co więcej, one w żaden sposób się ze sobą nie łączą, po prostu są. Ja rozumiem, że budżet był niski, że autorzy czuli presję czasu, ale nawet mimo to da się chyba nakręcić porządne sceny, które mają sens. "Smoleńsk" to nic innego jak propagandowa papka dla określonej grupy osób, które wierzą w to, co widziały na ekranie. Ci ludzie dostali to po co przyszli.
Podsumowując, dostaliśmy tragicznie słaby film, który pomijając wady artystyczne, obraża pamięć ofiar katastrofy. Ci ludzie, te 96 ofiar nie zasłużyły na to, żeby pamięć o nich szkalować takim (przepraszam) badziewiem.
